bezimienny15 blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 1.2014

Brak komentarzy

Dzisiaj być może po raz ostatni zatrzymałem się przy miejscu gdzie leżeliśmy w liściach jeszcze pare miesięcy temu na chwilę zadumy.

Aby nie myśleć, prowadzę istny maraton. Dzisiaj wyjeżdżam na misję obserwacyjną jako wolontariusz na chwilę. I chociaż do sierpnia staram się zaplanować sobie na maksa każdą wolną chwilę to nie wiem czy całkowity wyjazd jak najdalej się da nie będzie dla mnie najlepszy.

Może chociaż na pare lat… Zregenerować złamane serce. Nigdy w życiu nie pragnąłem dla kogoś tyle, nie byłem skłonny dać wszystkiego i poruszyć nieba i ziemi dla kogoś. Ciężko się z tym pogodzić, chociaż staram się jak mogę.

Jednakże po spotkaniu się z eweliną ustaliliśmy że możemy złożyć wniosek  o przyjęcie na staż u mnie. Po 10 lat od dania słowa że nauczę ją chodzić na szudłach wziąłem ją do wrocławia do nauki. Bardzo szybko ogarnęła podstawy i stanowi dobre rokowania na przyszłość. Rozmawialiśmy trochę o jej wierze (jest aktualnie ministrantką w kościele katolickim) i jej byłym facecie (który m.in. emocje w wierze uważał za grzech). Stąd przyszło mi jechać do ekipy budowlanej dokonującej remont mieszkania którego chcemy się w rodzinie pozbyć. Wracajac idę na spotkanie w sprawie organizacji kolejnego przeglądu rapowego gdzie jestem jednym z organizatorów promujących przyjaciela. Po tym spotkaniu idę na spotkanie ws działań z grupą teatralną. Prowadzi ją gość od wielu lat działający we wrocławskich teatrach. W ramach sprawdzenia samych swoich poglądów przyszło mi zareżyserować kilkuminutowy spektakl i w nim zagrać. Odwożę dziewczyny do domu. Marina skończyła fizykę w Moskwie i rozpoczęła dziennikarstwo we Wrocławiu. Kręci film dokumentalny o wrocławskich bezdomnych. W czwartek rano wykonuję jedno zadanie z rutynowej pracy i jadę do Poznania. Zaczynamy warsztaty teatralne próbą interpretacji wiersza. Tego dnia jest magicznie, po warsztatach spędzam pięć minut prowadząc swoje przemyślenia na ulicy piątkowskiej. Wspominając po czym znów udaję się do centrum spotkać podróżników poznanych w Albanii. W klubie co tydzień spotykają się coach surfingowcy. Poznaję parę osób. Rozmawiamy o podróżach. Świat stoi otworem. Jadę do domu. Do Wrocławia. Tu z karaoke odbieram dwóch kupli. Jeden „wyrwał właśnie fajną dupę” więc mam mu udostępnić pokój. Drugi pracuje nad tym więc tuż przed odjechaniem dołącza do nas Sylwia. Psycholozka po kursach masazu. Studiuje i pracuje jako masazstka. Wspolokator liczy ze ja przeleci. Ja jestem kierowca. Przywoze jdednego z nowo poznana kolezanka bzykaja sie zajmujac lazienke. Kolezanka z psychologii ma isc zaraz do pracy robi sie piata rano i decyduje sie jednak na powrot do domu taksowka. Pozniej przymilała się do mnie.Przeraziło mnie trochę postrzeganie świata

Pomimo iż czas biegł swoim biegiem, a u mnie wyjątkowo szybko mijał każdy dzień – bo na brak zajęć nie miałem co narzekać to O. ciągle była w mojej głowie. To takie „ciekawe co robi”, „szkoda ze jej tu nie ma”, chęć dzielenia się wszystkim co dzieje się u mnie i słuchaniem i pytaniem o to co się dzieje u niej.

Pracę kończyłem 25go grudnia, na 31go wysyłałem koleżanki do pracy. 27grudnia rozpoczął się maraton. Chwilę wcześniej 50 osób skrzyknęło się, całkiem nieznanych sobie – jedziemy na sylwestra. Jedna z dziewczyn zaproponowała dziką plażę w Albanii. Napisała do mnie jedna dziewczyna. Jednak się nie odważyła jechać. Szykowałem się już do podróży samemu. I kilka dni przed wyjazdem zgłosiła się inna koleżanka. 27go wyszedłem z plecakiem przed dom.

-Cześć, już oficjalnie, na żywo – Mateusz jestem

- Cześć Ania, miło mi.

- To jedziemy?

- To jedziemy.

Na plecach plecaki po 30kg każdy.

Wyszliśmy na zjazd na autostradę. Zatrzymaliśmy 3 osoby jadące do Gliwic. było około godziny 16:00. Wysiedliśmy przy zjeździe na Ostrawę. I zatrzymał się. Bus – VW Transporter z lat ’70. Rozmawialiśmy z dwójką budowlańców remontujących busa na kultowe auto do jeżdżenia na festiwale. Ania skorzystała z propozycji jointa. Był to wszakże wesoły bus. Z okolic Rybnika zabrał nas gość mieszkający nacodzień na śląsku – zajmujacy wysoko postawione stanowisko w przemyśle kopalnianym. Jechał do Ostrawy na turniej pokera zabroniony prawnie w Polsce. Na stacji benzynowej za granicą z Czeską Republiką spotykamy dwójkę chłopaków z Krakowa i Olsztyna jadących tak jak i my na sylwestra. W najbliższym czasie spotykamy równiez dwójkę innych chłopaków jadących w tym samym celu. Ania pyta się Pana który właśnie zatankował auto. Wsiadamy. Rozmawiamy. Rozmawiamy o tym co dla nas jest ważne. W życiu. Ogólnie. W Czechach wysiadamy na kolejnej stacji. Kierowca zdradza nam – „Czechy są jednym z najbardziej ateistycznych krajów Europy. Jestem tu kapłanem i prowadzę parafię. Pamiętajcie aby Bóg był w waszym życiu. Aby był ważny w naszym życiu.” Łapiemy dalej stopa. Jest w okolicy 23 godziny udaje nam się złapać okazję – Polaka jadącego do Wiednia. Polak ten mieszka i pracuje na codzień w Wiedniu, do Polski przyjeżdża natomiast przynajmniej raz w tygodniu. Od jakiś 35 lat. Wysadza nas na wylocie na Bratysławę. Tą noc spędzamy próbując łapać stopa przy autostradzie przysypiając chwilami na stacji benzynowej. W ciągu dwóch godzin dojeżdżają tam też chłopaki – jeden zespół – spotkany w Czechach na stacji. Jest zimno. Na samej autostradzie nie możemy łapać stopa – pracownicy stacji ostrzegają przed kilkuset euro mandatami. Nad ranem po otwarciu Mc Donalda Ania zagaduje austriaka wychodzącego z Restauracji. Jedziemy w stronę Bratysławy, przed granicą wysiadamy na stacji benzynowej. wychodzimy na autostradę oglądając wschód słońca. Zatrzymuje się TIR który wysadza nas w pobliżu Bratysławy przy zjeździe na Budapeszt. Idziemy słowacką autostradą łapiąc okazję. Jest zimno. Z plecakami przechodzimy kilka kilometrów nie mogąc nic złapać i mając nadzieję że spotkamy stację benzynową gdzie można się ogrzać. Zatrzymujemy około 10:00 Panią która jadąc sama wychodzi otwiera bagażnik i jedzie z nami w kierunku granicy z Węgrami. Przechodzimy granicę i zatrzymujemy Słowaka jeżdżącego po Europie rozwożąc pamiątki do różnych miejsc turystycznych. Sam zjeździł Europę za czasów studenckich. Wysiadamy przed Budapesztem. Po paru godzinach stania na stacji jedziemy TIRem w kierunku granicy z RUMUNIĄ. Znów zostajemy na stacji benzynowej. Robi się ciemno. Zagadujemy do młodego Węgra 25lat, przejętego naszą podróżą, wypytującego o specyfikę jazdy autostopem, zawozi nas on ostatecznie jakieś 100km od granicy z Rumunią. Wysadza nas w bardzo kiepskim miejscu – na MOPie z dwiema toaletami i ławeczką przy autostradzie późnym wieczorem. Próbując wyjść na autostradę w celu łapania dalej stopa podjeżdża do nas Policja w czasie 30 sekund od postawienia stopy na poboczu autostrady. Mamy na rękach migające czerwone lampki drogowe. Zakazują nam jakiegokolwiek wychylania nosa na autostradę. Na Mopie zatrzymuje się jedno auto na godzinę. Policja nas nie podwozi dalej tylko zostawia. Auta które dotychczas się zatrzymały na Mopie były z kompletem osób. W końcu zatrzymuje się sam gość który wywozi nas do środka miejscowości obok autostrady. Jest chyba gorzej niż było. Ale łapiemy stopa do zjazdu na autostradę i przed zjazdem w nocy łapiemy dalej stopa. Bardzo mało aut jedzie w naszym kierunku. Ale udaje nam się zatrzymać jednego Pana. Węgra który swego czasu grał w lokalnej orkiestrze. Specjalistą od wybielania zębów. Trochę komunikujemy się poprzez jego dziewczynę telefonicznie rozmawiając z nią po angielsku. Ostatecznie zawozi nas pod przejście graniczne z Rumunią. Już tam pojawiają się bezdomne psy których na Bałkanach jest ponoć całkiem sporo. Przechodzimy przez granice i zatrzymujemy TIR który zawozi nas do rozwidlenia – skrzyżowania autostrad. Chcemy ominąć Serbię – jechać na Bułgarię, Macedonię, Grecję. Z rozwidlenia zatrzymujemy kolejnego TIRa który zawozi nas do miejscowości Timisuara. po przejściu kilkuset metrów w kierunku rozwidlenia na Bukareszt próbujemy bez skutku łapać stopa. Senność już ogarnia nas dosyć spora. Jest cholernie zimno. Jest 3 nad ranem. Spaliśmy jedynie czasem w autach. Idziemy na stację benzynową. Mają tam darmowy internet i bardzo dobrą herbatę. I sympatyczne ekspedientki. Przysypiamy. O 6 rano zarzucamy plecaki na plecy i idziemy w kierunku autostrady. Po przejściu kilku kilometrów zaczyna się przejaśniać. Wtedy udaje nam się też zatrzymać sympatycznego Rumuna pracującego na codzień jako kierowca TIRa, ale wracającego osobówką do domu. Jedzie w kierunku granicy z Bułgarią. Wysadza nas u podnóża Rumuńskich Karpat, o wschodzie słońca na stacji benzynowej. Zatrzymujemy osobówkę której narodowości pasażerów ciężko mi określić. Auto na blachach hiszpańskich, w środku parka z mamą jednej ze stron. Młodzi minimalnie komunikują się po międzynarodowemu – Rumuńsku/Polsku/Angielsku/Niemiecku. Dużo śpimy podczas tej podróży, a nasi nowo poznani towarzysze chwilowej podróży zawożą nas na granicę z Bułgarią. Widoki gór cały czas nieziemskie. Chociaż będą w tej podróży jeszcze lepsze i lepsze i lepsze. Na granicy z Bułgarią jemy śniadanie. Najpierw łapiemy Bułgarów podrzucajacych nas do pierwszego skrzyżowania. Tam łapiemy okazję i zatrzymuje się staruszek, fajnym autem a’la SUV. Jedziemy w stronę Sofii jakieś 100km. Dziadek bardzo słabo mówi po angielsku – ale zjeździł Europę jako kierowca. Na pozór totalny flegmatyk, ponad 70 lat na karku – starość nie radość. Ale jazda samochodem z nim – mega – pewna, bezpieczna, dynamiczna i szybka. Bystrość umysłu za kierownicą – majstersztyk. Zatrzymujemy się na trasie na Sofię w bardzo domowym zajeździe gdzie staruszek kupuje nam herbatkę. Mówi że ma dwójkę dzieci. Pracujacych za granicą, między innymi w Wielkiej Brytanii. Za dużo nie rozmawiamy bo są duże problemy w komunikacji z racji barier językowych – siedzimy w milczeniu pijąc herbatę. Starszy Pan patrzy na nas. Odbiera telefon z pracy (ten dziarski staruszek cały czas pracuje). Kupuje nam jeszcze po butelce wody na dalszą podróż i rusza do pobliskiej miejscowości przy trasie. Łapiemy dalej okazję. Jest około godziny 15tej gdy zatrzymuje się autobus jadący do Sofii. Jesteśmy już trochę zmęczeni. Dogadujemy się że weźmie nas 250km do Sofi za 10 euro od osoby. Śpimy w autokarze. Komunikujemy się z kierowcą poprzez jednego z pasażerów mówiącego po angielsku. Wysiadamy na wlocie do Sofii koło godziny 20:00 Kierujemy się na obwodnicę aby złapać coś w kierunku Macedonii. Okazuje się że ten fragment obwodnicy jest trasą z Istambułu do Zagrzebia w Serbii. W ciemności zatrzymuje nam się TIR z turkiem na pokładzie. Jadący do stolicy Serbii. Stwierdzamy ze wysiadamy na stacji benzynowej wszkaże nie będziemy pchać się na Serbię wracając. Niestety robi się noc a na trasie nic nie możemy zatrzymać. Prosimy policjantów którzy przyjechali na kawę na stację o podwózkę i pomoc – olewają nas i odjeżdżają. Za chwilę wracają koło nas aby na 10 minut postać i pokontrolować auta jadące na trasie. W końcu odjeżdżają. Zbliża się pierwsza w nocy, jest największy mróz od momentu wyjazdu z Wrocławia. Na stacji benzynowej kupuję czapkę. Jest zamała wiec wycinam końcówkę i zakładam jako opaskę. Ale mimo to przymarzamy. Jest 2:30 w nocy. Podjeżdża młody Bułgar który jest przejęty naszą podróżą – widząc że stoimy stwierdza że nam pomoże i zawiezie nas na najbliższe skrzyżowanie ze światłami gdzie może będzie lepiej nam łapać stopa. Jedziemy. Lądujemy przy obwodnicy na trasie między stolicami Turcjii i Serbii w ciemnym polu przy skrzyżowaniu z małymi dróżkami na osiedle i jakąś wioskę, z sygnalizacją świetlną – mrugającą w nocy na żółto. Jest mróz. Jesteśmy zmęczeni, senni i jest totalny mróz. Namiot i śpiwory niedadzą nic przy takich ujemnych temperaturach i ogólnym oziębieniu organizmów. To chyba największy kryzys tego wyjazdu. Napewno do tej pory największy. Dostrzegam trzy bloki w odległości kilkuset metrów idąc wgłąb tą lokalną dróżką ze skrzyżowania. Mówię abyśmy zobaczyli czy jakaś klatka schodowa jest otwarta. Znajdujemy otwartych kilka klatek wybieramy jedną i na półpiętrze rozkładamy karimaty, śpiwory. Jest cieplej. Dużo cieplej. ale i tak zimno. Pod głowę każdy bierze plecak. Idziemy na 3h snu. Na 6 nastawiam budzik. O 5:20 budzę się i nieruchomo udaję że śpię, obok schodzi jakaś Pani, na dole słyszę rozmowę po Bułgarsku. Jestem przekonany ze brzmi „tam ktoś śpi”, koleżanka przebudziała się i mówi „wyczuwam kłopoty”, pakujemy się i idziemy na nasze nieszczęsne skrzyżowanie. Jest mróz, słonce dopiero z każdą minuta będzie zbliżać się do horyzontu. I około 7 pojawiają się pierwsze promienie słoneczne. Przymarzamy. Auta się nie zatrzymują. Około 8 koleżanka mówi żebyśmy poszli do osiedlowego sklepiku się ogrzać bo innaczej nie wytrzymamy. Idziemy w niewielkiej budzie jest ciepło ii znajduje sie po środku piecyk gdzie przychodzą klienci się ogrzać, poplotkowac, napić kawy, i wychodzą z podstawowymi produktami spożywczymi które kupili w owym sklepiku. Rozmawiamy z Bułgarami. Jeden z klientów napił się z nami – poczęstowal i zapozował do zdjęcia likieru miętowego. Ekspedientka polała nam dziwnego pszenicznego napoju. Zaprosiła nas latem kiedy jest ciepło i pożyczyła powodzenia w dalszej podróży. Ruszamy. Naładowane akumulatory, odzyskane czucie kończyn ogrzanych przy piecyku. Łapiemy stopa. Zatrzymuje się tir – turek jadący do stolicy Serbii. Jedziemy z nim aż do Niśiu w Serbii. Po drodze piję prawdziwą turecką kawę. Robioną w podróży w kabinie. W Niśiu uderzamy na Macedonię. Serbowie są bardzo sympatyczni. Kolejny Tir zabiera nas na bramki autostrady. Do Macedoni docieramy pod wieczór. Ania jest zakochana w Macedonii i Macedończykach. Ja nie podzielam jej odczuć i podchodze do nich z dystansem. Jesteśmy coraz bliżej Albanii. Wszyscy kierowcy przestrzegają nas przed Albanią. Macedończycy wydają mi się dziwni. Jest noc. Kolejni nas wiozą. Nieufny jestem napojom i posiłką którymi nas częstują więc tak jak i z jointem w Polsce przyjmuję postawę – Ania jeśli chce może spróbować, ja natomiast udaję że piję wino domowej roboty, aby w razie czegoś być w stu procentach nie pod wpływem czegoś. Lądujemy w końcu w nocy przy lokalnej drodze przed wjazdem do Skopij prowadzącej w las – a dalej w stronę granicy z Albanią i Grecją. Chcemy odbić na Grecję aby dojechać jak najwięcej Grecją do morza i uniknąć przebijania się przez całą Albanię. Zatrzymuje się BMW z ciemnymi szybami. Wiezie nas dwóch chłopaków. Jeden – kierowca, drobny w skurzanej kurtce drugi – pasażer, łysy większy. Ania daje znac że ma jakieś niepewne odczucia co do nich. Jedziemy krętymi drogami we mgle przez las, na wszelki wypadek trzymam w pogotowi nieduży scyzoryk. Chłopaki zatrzymuja się na stacji i pytają się co chcemy. Ania mówi że jesli coś proponują, żeby nie odmawiać. Decydujemy się na sok. Kupują nam po soku i 7day’sie. Jedziemy dalej, kierowca jest międzynarodowym eksporterem i importerem owoców. Pasażer – z wykształcenia fryzjer. Nie wiedział co to autostop i jego przyjaciel postanowił mu pokazać. Atmosfera się rozluźnia, zawożą nas na ostatnią stację benzynową przed granicą z Grecją. Mamy 20km do Grecji. Od kilku godzin jest już 31 grudnia. Wokół stacji jeżdżą w 95% taksówki. Jeżdżą dosłownie w kółko. myślimy o rozłożeniu namiotu i paru godzinach snu. Rzadko, ale czasem przejedzie jakieś auto. Tkwimy tak dłuższą chwilę. Ania zagaduje Panów na greckich blachach tankujących auto czy nie podrzucą nas do Grecji. Jedziemy. Pytają się czy aby napewno wszystko okej z naszymi dokumentami.

Przy granicy dajemy im paszporty, kierowca podaje do okienka. Przez przyciemniane szyby granicznik przygląda się polakom siedzącym na tylnej kanapie. Jedziemy. Kierowca żartuje sobie „welcome to grecee” po czym dodaje coś w stylu „witamy w obozie pracy”, ania odruchowo prosi o zwrot paszportów. Kierowca uspokaja – okej żartowałem – jeszcze tylko grecka straż graniczna i już oddaje paszporty. Po chwili mieliśmy już paszporty i jechaliśmy w głąb Grecji jakieś 30-50km. Stamtąd kolejne 30km do granicy z Albanią. jest 4 w nocy kiedy wysadzają nas przy dworcu autobusowym. Mamy nadzieję jechać autobusem do granicy. Nie możemy znalezc takowego polaczenia. Ludzie proponuja jazde najpierw do Salonik i z tamtąd do Albanii. Grzejemy się w tureckim kebabie do rana aż otworzą informację autobusową po szóstej rano. Ładujemy baterie telefonów i aparatów. W informacji dowiaduję się że jest autobus do Albanii. Najbliższy za tydzień. Idziemy na wylot w stronę Albanii. Pod górę. Jest ciężko. Anię od doby zaczyna boleć noga. Kuśtyka. Ruch w stronę Albani w sylwestra jest zerowy. Namawiam Anię na dogadanie się z taksówką jeśli chcemy zdążyc na sylwestra. Za 50euro jedziemy taksówką ponad godzinę wąskimi górskimi drogami do przejścia granicznego z Albanią. Przechodzimy pieszo. W strefie wolnocłowej znajduję 2l Ouzo za 9euro. Niestety nie kupiłem. Po Albańskiej stronie czuję się jak u biedniejszych Arabów. Masa cinkciarzy. budy ze wszystkim i niczym. I pytający się Albanczycy „Taxi?, Taxi!, Taxi?” idziemy dalej. U jednych z budki wymieniamy pieniądze. Czuję się dziwnie, obserwujemy wszystko dość dokładnie. Łapiemy stopa. Zatrzymuje się Albańczyk przed trzydziestką Fiatem Stilo. Wiezie nas do miejscowości gdzie znajdziemy busika do miejscowości koło naszej plaży. Wjeżdżamy do miasteczka. Ludzie jeżdża tu jak chcą. Trąbią. Pokazuje nam busiki. Taksiarze dostrzegają dwójkę z plecakami u niego w aucie. Zatrzymuja auto i 30 osób otacza auto krzycząc „Taxi! Taxi!” Kierowca odgania ich. Taksiarze przez otwarte szyby zaczynają drzeć się i szturchać Anię aby to ich wybrać na Taxi. jeden otwiera drzwi i pięciu pcha się na nas chcąc nas wyciągnąć do TAXI TAXI… kierowca wkońcu na tyle stanowczo krzyczał że zamkneli drzwi dalej drąc się TAXI. Ruszamy przepychajac sie przez tłum. Taksiarze w ułamkach sekund wskakują odpalają i ruszają za nami swoimi autami jednocześnie. Objeżdzamy busy,zewsząd klaksony, cały czas ktoś idzie przy aucie i gada z kierowca, wkoncu kierowca gada z jednym gosciem iz atrzyumuje auto. Ania mowi abysmy wyjechali za miasto i lapali tam stopa bo w centrum ludzie nas zjedza. Mówię że musimy im porpostu odmawiać i damy radę. Kierowca mówi o busie. Niesłuchamy drących się ludzi wokół auta. Okazuje się że jednym z gości był busiarz i stoi busem za naszym autem. Przechodzmy szybko przez tłum wsiadając do Busa i przerzucjąc bagaże. Chcę Anię puścic pierwsza do środka (w busie Albańczycy) ale kierowca mówi mi żebym usiadł w środku odgrodził ją od reszty. Wsiadam. Jedziemy. Jesteśmy przerażeni. Ja napewno. Kierowca jeszcze odkrzykuje krzyczącym do neigo taksiarzą, tłumaczy się że musiał. Do tej pory zastanawiam się czy kierowca który nas dostarczył do busa nie był takim troche nasyzm body guardem. Załatwił on jeszcze telefonicznie nam to że w trasie spotkalismy się z busem jadącym bezpośrednio do miejscowosci Vlore (bylismy w busie do stolicy i tam mielismy sie przesiasc na busa do Vlore). W pierwsyzm busie jeden z pasazerow mowiacy troche po angielsku przeprasza nas za ta sytuacje i tlumaczy ze oni traktuja nas jak zwyklych turystow i chca jak najwiecej zarobic i nie rozumieja ze jesli beda przesadzac to wiecej nie przyjedziecie, itd, ale ze sa w porzadku i nei mamy czego się obawiac. Lądujemy we Vlore około 18tej. Stąd nie ma już połączenia do Dhermi gdzie mamy być na Sylwestrze na plaży. Spotykamy parkę z polski która jedzie tam gdzie my. Mają pierwszeństwo. Na południu Albani jest już spokojnie. Owszem pytają się czy nie chcemy Taxi ale są w miare nie nachalni. Bardziej „europejscy”. Jesteśmy w nadmorskim kurorcie w końcu. Idziemy przed nich umawiajac się na informowanie się czy ktoś złapał i jesliby się dało zabranie nas. Przy plaży zatrzymuje się chłopak mercedesem. Albania to istny kraj mercedesów. Decyduje się zawiezc nas na plazę. Okazuje się ze te 30km jest prze górskie serpentyny. Jedziemy ponad godzinę. Jest ciemno. Około 19 docieramy do Dhermi i szukamy owej plazy. W drodze w rozmowie z kierowca okazuje sie ze to syn Albańskiego Policjanta. Ustala on z albańczykami którzy również znajdują się z naszymi na plaży coś po albańsku i życzy miłego Sylwestra. Na miejscu jest ponad 15 polaków i obok jest przy plażowy ośrodek turystyczny gdzie paru Albańczykow robi ognisko z Polakami. Okazuje się że dwóch chłopaków którzy mineli nas na pierwszej stacji benzynowej w Czechach jest tu już drógi dzień, i imprezują z owymi miejscowymi. Szybko okazuje się że pomimo dobrej imprezy – miejscowi chcą 5euro od osoby za nocleg na ich plaży. Idziemy na pierwotnie planowaną dziką plażę. Jest ciemno. Wspinamy się na skały aby przedżeć się wgłąb i schodzimy na dół po ostrych skałach. Jesteśmy na plaży, są i mini jaskinie. Ja z chłopakami ogarniamy drewno na ognisko wyszukując na skałach zrzucamy na dół. Dojeżdża tego wieczoru jeszcze około 6 osób autostopem w tym parka którą mineliśmy we Vlore. Przyjeżdża 5 osób Vanem z Poznania którzy akurat jeździli w tych okolicach Bałkan i znalezli wydarzenie na facebooku. Wszystkich trzeba przyprowadzić na tą dziką plażę przez skaly. We Vlore kupiłem sobie piwko nie chcąc pić więcej, ale na miejscu okazuje się że Rakija leje się dla wszystkich pełnymi kubeczkami. Jedni siedzą przy ognisku drudzy w jaskini. Wybrałem też drugą opcję. Świętujemy nadchodzący Nowy Rok na dzikiej plazy w Albanii! Cel osiągnięty. Jak rozpoczął się Nowy Rok i jak wyglądała droga powrotna będzie w nowej notce jak się zbiorę za jej napisanie. Dawno w styczniu nie byłem tak zabiegany. Robię coś. Dzieje się. Chcę dużo zmian w życiu na lepsze. Robię wszystko aby nie myśleć o O. I chociaż jest ciężko to przynajmniej i tak ciekawie spędzam czas :)


  • RSS