bezimienny15 blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 11.2013

Mój przyjaciel Łukasz. Kiedy widziałem się z nim u niego w domu w pierwszych dniach października 2011 roku mówił że wziął się za siebie. Że chce wrócić na studia. Ogarnąć się. Zawsze marzył o byciu lekarzem. Studiował chemię ale finansowo nie dawał rady na dojazdy i opłacanie studiów. Pochłonęła go małomiasteczkowa impreza. Przyjaźniliśmy się od lat. Kiedy wyjechałem do Wrocławia nasz kontakt osłabł z racji coraz rzadszych spotkań. Wciąż jednak utrzymywaliśmy ze sobą kontakt.

Wrócił właśnie do firmy w której już kiedyś pracował. Miał tu perspektywy. Na festyn parafialny jego firma zadecydowała że z pracownikami laserowo wytną i poskładają blaszane słoniki na aukcje charytatywne. I takiego słonika dostałem od niego na szczęście.

Był szósty grudnia, Mikołaj kiedy odezwał się do mnie kumpel z podstawówki.

Byłem gdzieś w Polsce, nocowałem w agroturystyce jeżdżąc z jednym objazdowym teatrem i grając po szkołach spektakle. Lubiłem jeździć więc też chętnie mnie brali żebym zmieniał kierowcę. Wieczorem przy winie na fb kumpel napisał mi wiadomość. „Cześć, wiesz, że Cichy nie żyje?”.

Kilka dni po moim spotkaniu z Łukaszem, wybrał się on na imprezę.

Z jakiś względów wsiadł do auta z kolegą i jechali do Wrocławia. Opowieści „jak to było” jest mnóstwo. Będąc na herbacie u mamy Łukasza w 2012 nie śmiałem pytać. Łukasz jechał jako pasażer.

„Do zdarzenia doszło 9 października ok. godz. 1 w nocy. W wypadku zginęło dwóch młodych mężczyzn. – BMW dachowało i wbiło się ścianę domu jednorodzinnego w Kamieńcu Wrocławskim  – mówi dyżurny wrocławskiej policji. – W wypadku zginęło dwóch mężczyzn jadących autem.”

Dzisiaj 26 listopada 2013 roku Łukasz miałby 27 lat.

Brata Łukasza w kolejnych miesiącach widziałem pogrążającego się w jaraniu trawy, być może w innych rzeczach. W końcu jakoś się ogarnia najprawdopodobniej w Wielkiej Brytanii.

I w 2012 roku mama Łukasza zaprosiła mnie do siebie. Na chwilę żebym ją odwiedził. Piliśmy herbatę. Opowiadała jak brat Łukasza pytał się jej „Jak żyć mamo? Jak dalej żyć?”. Uczucie kiedy matka przyjaciela mówi o tym jak jej drugi syn pyta się jak żyć jest nie do opowiedzenia. Podświadomie ona też się pytała „Jak dalej żyć?”. Uciekłem zaraz po wypiciu herbaty. Potrzebuję wzmocnienia a nie cierpienia.

Fot. Paweł Relikowski

Wierzę w energię która wraca. Karma zawsze powraca. Myślę, że właśnie tak jak ja przy sytuacji z O. mogła czuć się R. Teraz wróciło to do mnie.

21 listopada – Dzień Życzliwości. Dzień w którym poznałem M. Dzień urodzin mojej mamy.

19.11.2013 po warsztatach bębniarskich jadę na zajęcia z tańca towarzyskiego. Rafał ma tam kursową partnerkę która również zaczyna swoją przygodę z nauką tego tańca. Po zajęciach widzę puszczony sygnał od O. Oddzwaniam: „Jechałam pociągiem /słyszę śmiechy, głosy/ ale już wysiadłam i nie mogę teraz gadać, zadzwonię później” Rozłączając się słyszę jak mówi do jakiegoś chłopaka „Ej no nie rób ….”. Nie oddzwania już.

20 listopada idę na zajęcia z Salsy do Klary. Po zajęciach jest 21:30. Czuję się nieswojo na myśl o zbliżającej się rozmowie z O. nastepnego dnia. Umawiam się z G. na piwo. G jest w wieku O. Poznały się. W G. byłem zauroczony. Do tej pory hasło na fb to jej imię i nazwisko. G. jest bardzo dobrą znajomą, w której jakiś czas temu, jak ją poznałem byłem zafascynowany. Zajebisty charakter, humor i na początku nakręcałem się na nią – lubiła ze mną spędzać czas. Przyjeżdżałem po nią na uczelnię, i oglądaliśmy filmy na laptopie. Chodziliśmy na kabarety. Na nocne maratony filmowe. Piliśmy wódkę w plenerze na Ostrowie Tumskim. Nawet spaliśmy w jednym łóżku. Spaliśmy również razem tydzień w namiocie. Piliśmy wina wspólnie leżąc w namiocie. G. jak zobaczyła to jak się angażuję, to że może chodzić mi o coś więcej niż tylko spotkania na pooglądanie filmu, czy napicie się wina umówiła się ze mną na poważną rozmowę. Piliśmy grzańca i rozmawialiśmy. Ustaliła jasno co i jak. Określiła siebie, swoje uczucia, opinię. Nigdy nie pozwoliła mi, nie wysłała żadnego konkretnego sygnału do czegoś więcej. I tak po dziś dzień się z nią spotykam. Mogę rozmawiać o wszystkim, a największą fizyczną formą naszej przyjaźni było przytulenie na przywitanie/pożegnanie czy buziak w policzek. Przed spotkaniem napisałem do O „Jak tam? Jutrzejsze spotkanie wieczorne aktualne?”. Poszedłem z G na wino do centrum. Dużo się pośmialiśmy, powiedziała mi trochę miłych słów. W międzyczasie O. odpisała „Możemy się spotkać”. Odprowadziłem jeszcze G. i wracałem pieszo na drugi koniec miasta w nocy do domu rozmyślając. O 3 dotarłem i położyłem się spać. 7:40 21.11.2013 moja mama mająca w tym dniu urodziny obudziła mnie, zapytała o której jadę do Poznania. Zapytała czy jadę autem, na odpowiedź twierdzącą stwierdziła – po co, mało spałem, jeszcze auto mi się gdzieś zepsuje. Zdenerwowany odpowiadam że pospałbym dłużej gdyby mnie nie obudziła. O 11tej jestem na targach. Po godzinie chodzenia wsiadam w auto i jadę do Poznania. Zjadłem kromkę chleba. Jadę do Poznania zawożąc po drodze telefon który był u mnie na przechowaniu do jednego zaprzyjaźnionego teatru. W Poznaniu jestem wyjątkowo szybko. Najpierw na akademikach politechniki koleżanki pokazują mi jak skręcają balony. Co chwilę ktoś do nich zagląda i wpada jak to w akademiku bywa. Idę do auta – O. puszcza mi sygnał. Rozmawiamy – ustalam że w sumie mam jeszcze czas do warsztatów więc możemy zobaczyć się wcześniej. Widzę się z nią na jej wydziale. Nie jest tak jak bym chciał. Tak jakbyśmy się powstrzymywali. Nawet przytulenie jest dziwne. O. zawsze starała się ukryć jakiekolwiek zachowania wskazujące na bycie nie tylko zwykłym kolegą. Ale tu było i tak innaczej. Posiedziałem obok na korytarzu uczelni po czym musiałem się wybierać na warsztaty. Pożegnalem się z O. wsiadłem w auto i zdenerwowany i przeczuwający finał z impetem cofalem żeby wyjechac z pustego parkingu. Zderzak tylni w zderzeniu z krawężnikiem wbił się do środka – powodując że zgniecione elementy tarły o koło. Dotarłem do blacharza i zostawiłem auto. Piechotą przyszedłem spotkać się z O. Siedliśmy w MC donaldzie. Odprowadziłem ją do akademika.

Jej ideał to matematyk, a ja jestem filozof usłyszałem. Nie pasujemy do siebie. Chciałaby żebyśmy byli kumplami/przyjaciółmi. Tak chwile wspólne były niesamowite, uwielbia spędzać czas. To co było – było niesamowite ale po co to roztrząsać. No i oczywiście chciałaby pracować przy zleceniach ode mnie…

Pożegnałem ją i poszedłem do centrum. Było w okolicy 20:30 Kumpel poinformował mnie że pociąg odjeżdża za 10 minut. Następny jest o 1:40. Szedłem piechotą do centrum rozmyślając. Umówiłem sie z kumpelą na piwo, ale pod wpływem alkoholu i trawy ze znajomymi nie dotarła na spotkanie. Z nowo poznanymi ludźmi wybrałem się do pubu. Piliśmy studenckie piwo po 5zł.

K. to sympatyczna dziewczyna, młodsza o rok od O. Jej kumpel wydawał się być gejem ale może się mylę. I mając nadzieję na odpoczynek dla umysłu wdaliśmy się w dyskusję. K. okazała się być znawcą i specem od substancji chemicznych. W szufladzie w akademiku czekała na nią przygoda z kokainą. Jej facet zaćpał się 2 miesiące temu. Miesiąc walczyła z uzależnieniem od GBL – legalnej substancji do czyszczenia felg. Brałem to w pierwszej połowie roku wielokrotnie z kolegą. Dobrze ten środek działa na alkoholików bo zniechęca do alkoholu. Gdy znajomy mieł napady agresji używaliśmy tego żeby poszedł spać. Środek ten popularny bywa w klubach jako „pigułka gwałtu”. Nie powinno się go łączyć z alkoholem bo może wywołać reakcję w której poprostu zapomni się jak sie oddycha. Swoje tripy K odbywała z kumplem. Pojechałem pociągiem o 2:40. Ten dzień to był jeden wielki mind fuck. To sformułowanie które wyniosłem ze znajomości z O. widzę że jest dosyć częste u mnie. A nowo poznana K. utwierdziła mnie że ja to chyba przyciągam albo jakieś dziwne kobiety z którymi mógłbym albo się stoczyć albo cierpieć albo famme fatal. Przykro mi że M. była normalna a to ja ją skrzywdziłem.

W każdym razie w domu byłem o 8:20. Wieczorem pojawiła się opcja którą rozważałem od dłuższego czasu. W związku z sytuacją w jakiej się znalazłem nawet nie miałem zbytnio oporów. 22 listopada zaczął się trip LS D. Było dokładnie tak jak słyszałem do tej pory. Brakowało mi ostatnimi dniami takiego uczucia szczęścia. Wiedziałem że potrzebny jest towarzysz tej podróży. W trójkę wybraliśmy się takto na Industrial Party. Zmysły się wyostrzyły. W klubie dźwięki odczuwało się całym ciałem. Tak intensywnych dźwięków nigdy nie słyszałem. Uśmiech nie schodził z twarzy. Impreza była/mogła być krzywa na szczęście nie było bed tripa. Do muzyki industrialnej wyświetlano filmy z wojny i o wojnie dokumentalne. Przy parkiecie siedziały cztery dorosłe metalówy. Ubrane na czarownice. Z Ćwiekami, odstającymi włosami we wszystkie strony. Obok azjatka skakała przy barze w rytm muzyki. Parę godzin później wracałem do domu. Poszedłem spać. Rano jeszcze pobudzony szedłem na zajęcia. Dużo rozmyślałem. Kumpel miał rację – jestem przeciwny ćpaniu ale to dało pozytywnego kopa. Dodało energii. Postanowiłem zrobić biznes plan na dalsze życie.

Cała sytuacja z O. pokazała mi jak wiele osób może mnie zawsze wesprzeć, że są kumple i kumpele na które mogę liczyć :) Mogę porozmawiać o wszystkim.

Tylko czy O. pasuje do mnie jako moja przyjaciółka? Czy mam/miałem/będę miał w niej wsparcie? Czy to normalne wyrzec się wszystkiego, przyznać że było zajebiście i skwitować – po co to roztrząsać? Byłem trzeźwy. To nie było moje urojenie ani żaden trip. Czy mogę jeszcze jej zaufać? Mam zdjęcia. Tak jak na tej imprezie piątkowej nagrałem to żeby sprawdzić czy to co widzę się dzieje naprawdę.

Na zajęciach otrzymałem artykuł od koleżanek z którymi mam zrobić profil psychologiczny mordercy. I znów mind fuck – aż czasem się zastanawiam – czy to jakiś dziwny trip czy to się wszystko dzieje na prawdę. Artykuł można przeczytać na www.krypta666.blog.pl

Słuchać w pełnym słońcu,jak pulsuje ziemia
Uspokoić swoje serce, niczego już nie zmieniać
I uwierzyć w siebie porzucając sny
To twój bunt, który przemija a nie ty

Nie wiesz nie wiesz nie rozumiesz nic ×2

Widzisz parę bobrów przytulonych nad potokiem
Nie zabijać ich więcej cieszyć się widokiem
Nie wyjadać ich wnętrzności nie wchodzić w ich skórę
Stępić w sobie instynkt łowcy wtopić w naturę i

Nie wiesz nie wiesz nie rozumiesz nic ×2

Wybrać to co dobre z mądrych starych ksiąg
Uszanować swoją godność doceniając ją
A gdy wreszcie uda się własne zło pokonać
Żeby zawsze mieć przy sobie czyjeś ramiona

Nie wiesz nie wiesz nie rozumiesz nic ×2

Wyczuć taką chwilę w której kocha się życie
I móc w niej być stale na wieczność w zachwycie
W pełnym słońcu dumnie na własnych nogach
Może wtedy będzie można ujrzeć uśmiech Boga

Nie wiesz nie wiesz nie rozumiesz nic ×2

Przejść wielką rzekę bez bólu i wyrzeczeń
Przejść wielka rzekę

Nie odzywała się. Niby miało być tak jak wcześniej – ja nie naciskałem. Mieliśmy dać sobie czas. I trwać tak jak dotychczas ciesząc się każdą wspólną chwilą. Nie chciałem naciskać więc nie dzwoniłem. Starałem się nie pisać. I miałem nadzieję że zadzwoni popołudniu i będzie cudownie, fantastycznie jak zawsze. Jak zawsze kiedy ją słyszę. Tak bardzo pragnąłem ją usłyszeć. Stęskniłem się. Zadzwoniła przed czternastą. Akurat już chciałem dzwonić – telefon miałem w ręce. Postanowiła zakończyć naszą relację. Smutek mój spotęgowało określenie kończenia naszej „relacji”/”znajomości”. To nie był koniec związku. Żadnego związku nigdy nie było. W sumie to tylko ja w głowie sobie uroiłem że jest coś więcej :(. Naprawdę tak bym chciał aby było coś więcej. No i nie było to ani „nie jestem pewna – poczekajmy”. To było „nie. to koniec, nie będziemy się spotykać, utrzymywać kontaktu”. Czy dla niej to też nie było nic więcej? Taka ot znajomość? W myśl zasady jakakolwiek decyzja jest lepsza niż jej brak – ma to swoje plusy które odczuwam. Jest chujowo. Beznadziejnie. Ale stabilnie. Wcześniej była huśtawka jednego wielkiego nie wiem. Zajebiście z smutno, źle niepewnie przeplatało się na przemian.

Potrzebuję. Pokochałem ją. Tak samotnie czułem się budząc bez niej obok. Świat z nią był pełen barw i smaków. Gotów byłem poczekać. Okazywać swoje uczucie nie naciskając. Poprostu Kochać i cierpliwie czekać. Ale tak postanowiła – i zaakceptowałem to. Miłość to też cierpienie. Miałem tylko nadzieję że będziemy je pokonywać razem. Nie mógłbym kochając nie akceptować tego co postanowiła. Przemyślałem czego potrzebuję aby przecierpieć pierwszy, największy ból. Aby nauczyć się z nim żyć. Z kolejnym cierpieniem w życiu. Cierpieniem jak najgorszym by nie było – to wartym bo spędzenie każdej chwili z Nią było tego warte. Ile bym dał aby te chwile trwały i trwały. Potrzebowałem wysiłku, poobcowania z naturą. Wiedziałem że jeszcze tego dnia muszę znaleźć się w górach. Samemu cierpienie oko w oko z naturą gdzieś niosło ze sobą ryzyko. Jeśli wygrałaby we mnie ta część mnie pełna goryczy, żalu, smutku i bólu istnienia w połączeniu z wydarzeniami tego dnia mógłbym zrobić coś głupiego. Zadzwoniłem do dwóch przyjaciół. Jeden powiedziawszy swojej dziewczynie że pojechałby ze mną wesprzeć mnie towarzystwem w łażeniu po górkach po ciemku opowiadał jak usłyszał od dziewczyny że cieszy się że ma takich zajebistych znajomych bo każdy inny by poszedł topić smutki albo zaliczać panienki, a ja musiałem ją naprawdę kochać. I cieszę się że w trudnych chwilach znajdą się jeszcze przyjaciele którzy wesprą. Sześć godzin chodzenia po górach pomogło mi się pogodzić. Ból był i jest. Chęć spędzania z nią każdej chwili też. Ale akceptuję.

Myślę o tym czy by nie uciec. Gdzieś daleko. Jeśli gdzieś żyje Kobieta z którą każda wspólna chwila jest najszczęśliwszą i pełna barw i pozytywnej energii i ja nie mogę z nią ich spędzać to chyba chcę być jak najdalej.

Dzisiaj w Święto niepodległości zadzwonił do mnie o 12 przyjaciel z którym dzień wcześniej ruszyłem połazić po górkach. Poszliśmy na marsz niepodległościowy i długi spacer. Ciągle pojawiał się ból – „o tu spacerowałem z O”, „spodobałoby się to Jej”, „chciałbym Ją tu przyprowadzić”, „szkoda że Jej tu nie ma”. I dlatego chyba będę myślał o ucieczce.

Przyszedłem do przyjaciela jeszcze na herbatę. Upiekł właśnie chleb z bio mąki. „Masz to dla Ciebie, wszystkim znajomym rozdaję chleb jak piekę, to chleb pozytywnej energii, Tobie się przyda szczególnie”.

O. lubiła wyrażać swoje emocje. Jak uśmiech to od ucha do ucha, jak śmiech to taki z głębi serca, jak przestraszenie to takie że aż się tuliła przestraszona. O. nie lubiła tłamsić swoich odczuć. Nauczyłem się już praktycznie tego aby samemu czerpać z tego przyjemność. Czemu uciszać szczery i od serca śmiech w restauracji. Położyć się w liściach spontanicznie tu i teraz obok chodnika i leżeć? Tak wtedy poczułem już przyjemność z tego. Co z tego że dla innych to „nie wypada”, „pobrudzimy się”. Chcemy – połóżmy się tu i teraz. To było takie fantastyczne uczucie leżeć na ulicy w liściach i być obok siebie i świat, przechodnie w koło był nieistotny.

I może to było tylko na pozór takie czy to Ona nie była autentyczna w tym? W końcu to właśnie moje oddanie się uczuciom. Zaangażowanie na maksa, bez ograniczeń ją odstraszyło. Czemu hamować coś co jest takie fantastyczne? Czy dobro i szczęście jest limitowane? Czy w życiu nie chodzi o to aby przełamać strach, zdobyć się na odwagę i pozwolić całkowicie czerpać z radości i uśmiechu z każdej chwili.

Sam już nie wiem. Czymże różni się uciszanie emocji jednych od drugich. Czy miłość jest zła? czy szczęście jest złe? Czy cieszenie się pozytywną chwilą jest złe?

W końcu zdecydowałem się pohamować uczucie którego tak się bała. Przyciskałem ale uzyskałem satysfakcjonującą mnie odpowiedź. Brzmiącą – nie jestem pewna, nie wiem czy nie udajesz kogoś kim nie jesteś. To było to czego potrzebowałem. Potwierdzenia – nie chcę Cię skrzywdzić. Nie wiem jeszcze czy będzie między nami coś więcej – mam swoje wątpliwości. Nie miałem czasu na ich rozwianie. Nie miałem możliwości pokazać jaki jestem naprawdę czy takim właśnie jakiego mnie widzi.

Tyle bym dał by wrócić do tych wspólnych chwil które spędziliśmy… Gdzie popełniłem błąd?

Na zakończenie zacytuję tu piosenkę Tilt:

Widziałem domy o milionach okien
A w każdym oknie czaił się ból
Widziałem twarze, miliony twarzy
Miliony masek do milionów ról

Ciemny tłum kłębił się i wyciągał ręce
Wciąż było mało i ciągle chciał więcej
I wciąż nie starczało, ciągle było brak
Ciągle bolało, że ciągle jest tak

Strach nie pozwalał głośno o tym mówić
Strach nie pozwalał kochać się i śmiać
Strach nakazywał opuścić w dół oczy
Strach nakazywał cały czas się bać

Mieszkańcy miasta i przyjeżdżający
Tacy zmęczeni i tacy cierpiący
Przeklinający swój codzienny los
Słyszałem także taki głos

|
Jeszcze będzie przepięknie |
Jeszcze będzie normalnie | x3
Jeszcze będzie przepięknie aaa…

Ciemny tłum kłębił się i wyciągał ręce
Wciąż było mało i ciągle chciał więcej
I wciąż nie starczało i ciągle było brak
Ciągle bolało, że ciągle jest tak

Dawno tu nie byłem. Myślę że czas nadrobić zaległości. Potrzebuję tego bardzo. Dużo krótkich notek przyzwyczaiłem się wrzucać na facebooku. Jednak potrzebuję wyrzucić z siebie dużo.
Przynajmniej spróbuję potraktować to jako taką Myśloodsiewnię jak w Harrym Potterze.

Z M zaczęło się od napalenia. I to dlatego podczas pierwszego spotkania sam na sam po spożyciu alkoholu kochaliśmy się całymi dniami i nocami. To był okres współprowadzenia saloniku prasowego w Kaliszu, jeżdżenia do coraz bardziej oddalającego się od świata żywych mojego taty wraz z postępującym rakiem. Stopień zaawansowania choroby od momentu diagnozy był jasny – większość narządów ciała była bardzo silnie zaatakowana komórkami rakowymi. Z M związek trwał szybko, intensywnie. W sumie to ona nauczyła mnie bardzo dużo w seksie. Poprzednie kontakty to były mniej lub bardziej udane próby, doświadczenia współżycia. I to nawet ze starszą i trochę bardziej doświadczoną E. Dwa miesiące namiętności wzmocniła śmierć mojego taty. M. bardzo mi pomogła. Była przy mnie. Stopniowo na przestrzeni lat definicja rodziny u mnie zdegradowała się. W końcu – moja starsza siostra żyje z mężem (w między czasie on ją zdążył zdradzić i odejść i wrócić) i z dwójką dzieci w Anglii. Dwa razy w roku średnio mam okazję ich zobaczyć. Z rodziców została mi mama. Mamę kocham ale co za tym idzie boję się chwili kiedy przyjdzie mi być zmuszonym zmierzyć się z jej śmiercią. Praktycznie jeśli nie będę miał wsparcia w postaci kochającej kobiety mojego życia nie poradzę sobie. Zresztą nie miałbym dla kogo żyć. Idealnym rozwiązaniem byłoby mieć żonę i dzieci i wspólną miłością wspierać się na dobre i złe. Innaczej nie wyobrażam sobię tego. Moja mama jeździ. W sumie znalazła po śmierci taty kogoś kto też stracił swojego partnera życiowego. Myślę że na starość będą razem szczęśliwi. Będąc z M. podobało mi się przyjeżdżanie do jej rodziny. Rodzinne spotkania, wyjścia, rozmowy i zabawy. Trochę przez te wszystkie lata sam rezygnowałem. Zamiast wychowywać się i żyć z rodzicami wolałem wyjechać do miasta, do dziadków i zaznać życia w dużym mieście. Zamiast studiów dziennych czy wyjazdu do Dani gdzie już się dostałem wybrałem pracę i studia zaoczne.
Z M po pierwszym roku postanowiłem zamieszkać z nią. Zmienialiśmy się z każdym rokiem. Okazało się że namiętność i wsparcie w trudnych chwilach i przywiązanie nie wystarczało. Co ciekawe na początku to ona nie była pewna. W grudniu 2012 postanowiłem przełamać się i ustalić z nią że się rozstajemy. Chodziłem na imprezy. Któregoś ranka po imprezie obudziwszy się w łóżku próbując sobie przypomnieć co się działo, mając jakieś prześwity, o jednej butelce wódki w klubie, później o zostaniu z drugą, później o rozmowach z jakąś śliczną dziewczyną siedzącą obok przy barze, dziura i pamiętałem jak ktoś szarpie mnie za bark, to ochroniarz, ale…. w innym klubie. Podnoszę się, on mówi „nie śpimy, wychodzimy”, powiedziałem „już” zoorientowałem się że leżałem na talerzu gdzie został ostatni pieróg. Wziąłem go zjadłem i wyszedłem chwiejnym krokiem, akurat podjechał nocny do mnie, pamiętam jak wsiadłem i obudziłem się w swoim łóżku przyszedł do mnie pomysł. Spojrzałem do portfela. Zniknęło ponad 200zł. Zdycham. Nie pamiętam. Postanowiłem chodzić na korepetycje do sympatycznych dziewczyn gdzie mógłbym się czegoś nauczyć i spędzać chwile z sympatyczną korepetytorką. Wydam mniej, połączę przyjemne z pożytecznym. Na lekcje hiszpanskiego zglosila sie do mnie K – kolezanka ze studiów M. że chętnie pójdzie ze mną. Zaczeliśmy chodzić. Szybko stwierdziłem że K jest super dziewczyną. Ładną, inteligentną, ambitną, kochającą podróże, robiącą milion rzeczy, skojarzyłem też z pewnych historii że to chyba ona właśnie nie jest taka niedoświadczona – 4 lata była z masażystą itd. Akurat była sama i potrzebowała wsparcia. Świrowałem, ponieważ w pokoju miała kilka bukietów kwiatów od różnych facetów. Spotykała się z różnymi, a jej przyjaciel widziałem to – od lat liczył na coś więcej. Spędziłem z K wiele miłych chwil. Spacerów i godzinach rozmów na fb. Ale K szybko się zoorientowała co do mnie, postawiła sprawę jasno – jesteśmy tylko kolegami, poprostu spotykamy się na hiszpańskim, czasem na piwie, czy spacerze. Wkrótce K poznała miłość swojego życia. Rozmawiamy od czasu do czasu, lubię ją, nauczyłem się odróżniać zauroczenie od zakochania. Zanim zdążyłem zauważyć K jako fajną dziewczynę oraz po ustaleniu naszej relacji działałem – w myśl hulaj dusza, piekła nie ma. A to seks z dziewczyną z ogłoszenia po wódce, w pokoju gdzie obok kolega spał i wizyta u ginekologa rano po tabletki wczesnoporoone, a to wyjście na wódkę z nowo poznaną i zastanawianie się wspólne czy był seks w nocy bo jak tak to bez zabecpieczenia. W 2013 coraz więcej się piło. Kulminacją był 3 tygodniowy ciąg alkoholowy w marcu. W kwietniu wahałem się nad powiedzieniem mamie że zaczynam mieć problemy z alkoholem. Po ciągu wziąłem się za siebie. Najpierw dzień przerwy dzień picia. później dwa, trzy i doszedłem prawie do tygodnia. Wyprowadziłem się z powrotem do babci i mamy. W kwietniu zmarła moja babcia. Byłem przygotowany. Zresztą będąc w Omanie już ciocia lekarka powiedziała „babcia może nie dożyć swiąt Wielkanocnych”. Tych 2012 roku. Dożyła tych w 2013. Od czasu do czasu niezoobowiązujący seks z M. Ale widząc jej zaangażowanie i nadzieję na mój powrót w sierpniu 2013 całkowicie uciąłem kontakt. Dla obu stron na dłuższą metę będzie do lepsze. W sierpniu poznałem w pracy w jednym z miast O. O to 21 letnia studentka mieszkająca w akademiku w Poznaniu. Wcześniej pracowali z nią moi znajomi. Wszyscy mówili jaka to ona nie jest fajna, otwara przepychając się między sobą kto by ją chciał zdobyć i przelecieć. Oni byli tacy sami „w związkach”, „żonaci”, „zaręczeni”, „chcący przelecieć każdą i zostawić”, „chcący przelecieć co ładniejszą i zostawić”, „chcący sensowny układ taki zeby w każdej chwili móc zostawić”. Jednak na pierwszym zleceniu przez 6 dni rozmawiałem z nią pracując. Przyjechałem na imprezę do jej miejscowości gdzie upiwszy się, na pół świadomo widząc jak tańcuje z masą kolegów postanowiłem wrócić do hotelu. Na drugim zleceniu byliśmy sami w weekend, ale załatwilem osobne pokoje. Dużo rozmów. I nie tak całkiem dużo alkoholu jak to zwykłem pijać na wyjazdach z kolegami. Z każdą kolejną rozmową byłem coraz bardziej nią zachwycony W końcu przyjechała do mnie na imprezę i do pracy. Było trochę poważniejszych rozmów „bo wam tylko chodzi o jedno” itd.  I każde kolejne spotkanie to było potęgowanie wszystkiego wcześniejszego. W ciągu 2 miesięcy zakochałem się po uszy, gotów jestem poruszyć dla niej niebo i ziemię. Jak tylko się widzimy jestem najszęśliwszą osobą na ziemii… :( I ona nie jest pewna czy chce ze mną być. Walczę sam ze sobą. Cierpię. Nie mogę za bardzo naciskać a chciałbym spędzać z nią każdą chwilę.
I Jeszcze sobie uświadomiłem jak bardzo jestem sam. Była dziewczyna która naprawdę była moją przyjaciółką od serca odwróciła się. I odwróciła całe towarzystwo z naszych kręgów. Zresztą zraniłbym ją mówiąc o moim uczuciu do O. Rozmawiam z bardzo dobrymi znajomymi. Ale nie mam nikogo do kogo mógłbym zadzwonić o 4 w nocy i się wyżalić. Powiedzieć co mi leży na sercu. Kogoś kto by mnie wsparł. Miałbym przyjaciela z rodzinnej miejscowości gdyby nie wypadek w którym zginął którejś listopadowej nocy wbijając się BMW w dom kilka lat temu. W sumie możliwe że o tym nie pisałem… Ł. był starszy ode mnie o rok. Bardzo go lubiłem. Mieszkał dwa piętra nade mną. Postanowiłem ograniczać i nieuciekać do alkoholu. Nie chcę do niej dzwonić i pisać. Mówiła że za bardzo na nią naciskam. Potrzebuję jej tak bardzo. To jest tak niesamowite że po raz pierwszy w życiu poznaję dziewczynę na trzeźwo, pierwsze randki i kolejne spędzamy praktycznie bez alkoholu. Czasem wypijemy piwo, wino na pół. W ostatnim czasie mało rzeczy robiłem na trzeźwo. Z nią potrafię spędzić 3 dni nic nie pijąc, będąc szczęśliwym. Chcę dawać jej szczęście. I Czuję sie tak jakby wszystko było możliwe. Mogę dla niej i przy niej przenosić góry.
Byłem w klubie z kumplami. Kurestwo, wulgarne wyuzdanie, %, prymitywne zachowania. Nic nie piłem. Oni obijali się o siebie w tańcu. Co jakiś czas ktoś z kimś szedł w ślimaka. Niektórzy znikali wytaczając się z klubu w ciemne zaułki. I to faceci i laski. Również moi „zakochani” znajomi, w związkach, lub łowcy wypatrujący którą by tu przelecieć. Zagdała do mnie blondyna. Sympatyczna fajna. Sam siebie nie poznałem. Nie byłbym wstanie nawet się na niej skupić. Przebąknąłem coś na odwal i wkrótce wyciągnąłem kolegę i pojechałem do domu. Naprawdę z O poznałem co to piękno każdej spędzanej chwili, kulturalne i magiczne, niesamowite wyuzdanie jednocześnie. Co to poznawanie się na trzeźwo od początku. Szybsze bicie serca na każdą myśl i chęć aby każda chwila trwała i trwała.
Czy bycie romantykiem to przeszłość? Zapytałem przyjaciółkę o poradę w sprawie O. odpowiedziała „HEHEHEH nie wiem Mati
wiem ze kobiety lubią skurwysynów\i tez lubią się troszkę postarać\ ;p”. Naprawdę? Może O jest inna? Musi być inna bo tak zjawiskowej i niesamowitej osoby niespotkałem.
I jeszcze jeden element. O. pochodzi z chrześcijańskiej wierzącej rodziny. I sama chodź ma rzecz jasna rozterki jest też wierząca. I zależy mi na niej jeszcze szczególniej. Zagubiłem się w życiu. wiem że pomogłaby mi się odnaleźć. Znaleźć sens w życiu. Nie tylko dla Niej, dla mnie, dla nas ale też głębszy metafizyczny. Czuję to. Naciskam na nią, wiem, ale czy to złe że całe serce wkładam w to? Tak na maksa?
Bo serce bez wzajemności krwawi… Modlę się o to aby nabrała pewności że chce szczęście dzielić ze mną… Jak ja dawno się nie modliłem…. :( Jeszcze dawniej nie modliłem się o sens w życiu. Uznałem że go nie ma. Nawet będąc z M. w niego nie wierzyłem. Pewnie nikt tu od lat nie zagląda, ale pamiętacie moje podejście do dzieci? Nawet dzieci nie były dla mnie sensem życia. W końcu po co je skazywać na cierpienie i krzywdę w sypiącym się świecie zła. Pisałem o ewolucji i przedłużaniu gatunku. O. zaszczepiła mi to że dzieci to piękno. Że świat to piękno i pozwoliła na nowo pojawić się światełku a może Bóg jest i małżeńska miłość we wspólnej wierze, i ta miłość na lini Bóg człowiek to jest sens?


  • RSS